Bardzo dobrze spisały się Polki w pierwszej czwartkowej sesji lekkoatletycznych mistrzostw Europy w Birmingham. Pewne awanse do finałów wywalczyły w skoku wzwyż Maria Żodzik oraz w biegu na 400 metrów Natalia Bukowiecka, która uzyskała zdecydowanie najlepszy czas w tym sezonie. Do finału rzutu oszczepem awansowali obaj nasi reprezentanci – Dawid Wegner i Marcin Krukowski.
W imponującym stylu rozpoczęła walkę o obronę tytułu mistrzyni Europy Natalia Bukowiecka. Polka ruszyła mocno od startu i do mety nie dała się wyprzedzić najgroźniejszej rywalce w serii, czyli młodej Czeszce Lurdes Manuel. Bukowiecka wygrała z czasem 49.57, najlepszym w tym sezonie, mimo że wyraźnie odpuściła na końcówce.
– Wypuściłam trochę końcówkę. Wiało troszkę w twarz. Zobaczyłam, że Manuel też odpuszcza, więc i ja to zrobiłam, bo już wiedziałam, że wygram. Chciałam być pierwsza i upewnić się, że mogę ją pokonać, bo to też dawno się nie zdarzyło. Ta wygrana nie kosztowała mnie zbyt dużo. Bardziej zmęczył mnie tutaj upał, niż sam bieg – przyznała Bukowiecka, nawiązując do niezwykle wysokich temperatur, jakie panują w Birmingham. Generalnym sponsorem reprezentacji Polski jest Orlen.
Reprezentantka Polski z uznaniem wypowiedziała się też o startach rywalek, z którymi w sobotni wieczór powalczy w finale.
– Wiadomo, że dziewczyny też są mocne – pokazały to dziś na bieżni. Natomiast ja tym startem w półfinale też zaznaczyłam, że jestem jedną z kandydatek do medalu. Tak łatwo nie oddam tego złota. Cieszę się, że ta forma tutaj przyszła – powiedziała Polka, która przed dwoma laty w Rzymie wywalczyła złoty medal i jednocześnie poprawiła 48-letni rekord kraju Ireny Szewińskiej.
Pierwszy raz w historii rozgrywanych od niemal 100 lat lekkoatletycznych mistrzostw Europy w konkursie skoku wzwyż Polskę reprezentowały trzy zawodniczki. Na starcie zobaczyliśmy Maję Słodzińską, Wiktorię Miąso i Marię Żodzik. Z tego grona tylko ta ostatnia uporała się z poprzeczką zawieszoną na poziomie 1.91 i zapewniła sobie bezpośrednią kwalifikację do finału. Maja Słodzińska odpadała na 1.84, Wiktoria Miąso poprawiła najlepszy wynik w sezonie, kończąc zmagania z wynikiem 1.88. Żodzik przyznała, że czwartkowe kwalifikacje dodały jej pewności siebie.
– Dobrze skoczyłam, ale nie mogę powiedzieć, że te skoki były ładne. Cieszę się z awansu. Na szczęście teraz jest już lepiej, nie odczuwam skutków upadku w Londynie. Tymi skokami tutaj dodałam sobie pewności. Jeszcze wczoraj nie wiedziałam, jak to będzie – był stres. Spodziewam się, że w finale na medal trzeba będzie uzyskać 1.97 – powiedziała po konkursie kwalifikacyjnym Maria Żodzik.
Startujący w pierwszej grupie kwalifikacyjnej konkursu oszczepników Dawid Wegner po dwóch próbach na ponad 79 metrów, w trzeciej posłał oszczep poza linię wyznaczającą w sektorze minimum, Osiągnął 82.34 i zameldował się w sobotnim finale.
– W tych dwóch pierwszych rzutach były błędy techniczne, nogi też nie były najlepsze. Charakterem pobudziłem się na ostatnią próbę. Myślę, że z wynikami na poziomie 79 metrów nie miałabym awansu. Rzucam dość wysoko, więc wiatr wiejący dziś w plecy sprzyjał. Teraz jest spokój. W finale najważniejsze będzie dostać się do czołowej ósemki, a co dalej zobaczymy. Chciałbym rzucić rekord życiowy – zapowiedział Wegner.
W finale zameldował się też Marcin Krukowski, drugi z polskich miotaczy rzucił oszczepem najpierw nieco ponad 76 metrów, a w drugiej próbie posłał sprzęt na odległość 79.71.
– Melduję wykonanie zadania jako żołnierz Wojska Polskiego. Awans prawie najniższym kosztem, można było jednak załatwić sprawę jednym rzutem. Natomiast te wyniki już nie mają znaczenia, finał to nowe otwarcie. Dziś były fatalne warunki, nienawidzę rzucać w takim piekle. Wiatr kręcił, gadałem z Czechem Vadlejchem, że warunki niezwykle zmieniły się względem tej pierwszej grupy. Wszystkich to dojechało, to widać po wynikach. Dobrze, że mamy dzień przerwy. Czas na regenerację i jazda ile fabryka dała. Liczę, że przy finale będzie chłodniej – powiedział rekordzista Polski.
Ambitnie pobiegł w biegu pierwszej rundy na dystansie 3000 metrów z przeszkodami Adam Bajorski. W pewnym momencie przewodził nawet stawce, ale ostatecznie nie wytrzymał tempa rywali i finiszował jedenasty. Mocno ruszył drugi z naszych przeszkodowców Maciej Megier. Tuż po starcie zbudował sobie znaczącą przewagę nad grupą rywali. Niestety ta szarża zakończyła się na kilka okrążeń przed metą. Ostatecznie Polak dobiegł do mety trzynasty.
– Gdybym nie poszedł tak do przodu, to z tak wolnego biegu bez problemu awansowałbym do finału. Popełniłem błąd. Mogłem ruszyć z końcówki, mając bardzo dobrą technikę – lepszą niż rywale – poszedłem do przodu. Jak zobaczyłem, że rywale są z tyłu, powinienem zwolnić. Jeszcze po kilometrze czułem się bardzo dobrze. Wiedziałem, że nawet jeśli mnie dogonią, to będę w stanie dotrzymać im tempa. Niestety po dwóch kilometrach dobiło mnie ciepło. Liczyłem na finał i miejsce w szóstce. Z treningów wynikało, że mogłem otrzeć się o medal. Wiem jednak, że ten najważniejszy sezon ma być dopiero za 2 lata. To część przygotowań do sezonu 2028, taka jest ta droga – przyznał po starcie na Alexander Stadium Maciej Megier.
W czwartkowy wieczór w Birmingham będzie miał miejsce tylko jeden polski finał. Na dystansie 3000 metrów z przeszkodami wystartują Kinga Królik, Alicja Konieczek oraz Agnieszka Chorzępa.
Birmingham, Maciej Jałoszyński / foto: Tomasz Kasjaniuk